Z Marcinem Pryndą, właścicielem wydawnictwa Prasa Dolnośląska, publikującym czasopismo „Kapitał Polski”, a także wydającym serwisy internetowe www.kapitaldolnoslaski.pl i www.kapitalpolski.pl, rozmawiamy o podejściu biznesu do ekologii na przestrzeni ostatniej dekady.
RED – Kiedy 10 lat temu prowadził Pan pierwsze rozmowy o ekologii w biznesie, jakie było do niego podejście?
M.P. – Był to wówczas temat dotyczących właściwie wyłącznie osobnej branży, zajmującej się odnawialnymi źródłami energii, przede wszystkim fotowoltaiką, która wtedy nie była tak popularna jak obecnie. Owszem, mówiło się o tym, że potężne fabryki zatruwają powietrze, ale to było całkiem osobne zagadnienie, dotyczące dużych zakładów. Naciski społeczne na zmianę tego stanu rzeczy dopiero raczkowały, nie przejmowano się ekologią w dzisiejszym rozumieniu. Z trudem wprowadzano wymóg segregowania śmieci przez mieszkańców osiedli i domów jednorodzinnych. Naprawdę ogromne postępy, jako społeczeństwo, w ciągu ostatniej dekady zrobiliśmy w tym zakresie.
RED – W jaki sposób to podejście do ekologii zmieniało się na przestrzeni ostatniej dekady?
M.P. – Rosła świadomość społeczna będąca w ogóle, nie tylko w kwestii ekologii, pokłosiem rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Ludzie zaczynali rozumieć, że mają sprawczość, że mogą wpływać na decyzje „tych na górze”. To nie było takie oczywiste dla osób wychowanych w innym systemie politycznym i społecznym, przyzwyczajonych do tego, że trzeba być blisko władzy, by móc coś zdziałać. To był naprawdę interesujący proces, przejawiający się choćby na przykład w protestach dotyczących budowy spalarni śmieci na jakimś terenie. Zawiązane ad hoc komitety obywatelskie, ukierunkowane początkowo wyłącznie na zablokowanie inwestycji, przekształcały się w zarejestrowane zgodnie z przepisami prawa stowarzyszenia, działające o wiele szerzej na rzecz lokalnej społeczności. Mieszkańcy nie chcieli trwonić dobrej sprawczej energii, impetu, skoro raz się przekonali, że razem mogą więcej.
RED – Te protesty nie zawsze miały uzasadnienie, spalarnie śmieci buduje się w oparciu o całe mnóstwo zgód, spośród których najważniejsze dotyczą pozwoleń środowiskowych i na budowę.
M.P. – Oczywiście, nierzadko mieszkańcy nie mieli tej wiedzy, nie przyjmowali także wszystkich argumentów, skupiali się wyłącznie na negatywnych aspektach inwestycji, nie chcąc dostrzegać korzyści. Inna rzecz, że nierzadko nie chciano z nimi rozmawiać. To jednak zupełnie inne zagadnienie. Zwracam uwagę na to, jak powstawało i w zasadzie nadal rozwija się w Polsce społeczeństwo obywatelskie, które nie tylko patrzy decydentom na ręce, ale również wpływa na podejmowane przez niech decyzje. Proszę zauważyć, że tylko w takim społeczeństwie można było budować świadomość ekologiczną i nakłonić ludzi nie tylko do segregowania odpadów, ale także do korzystania z alternatywnych środków transportu. W mojej prywatnej opinii wiele tych działań daje złudne poczucie, że robi się coś dla planety, ale to inny temat. Niemniej skoro zrodziło w ludziach poczucie sprawczości, to już bardzo dużo. Pozwoliło im to wymóc troskę o środowisko na przedsiębiorstwach, które z pozoru z ekologią nie mają nic wspólnego, ale śmieci przecież „produkują”. Rzecz jasna nie bez znaczenia były tu także wymogi przepisów unijnych.
RED – Co jeszcze sprawiło, że przedsiębiorstwa pozytywnie zareagowały na ten trend?
M.P. – W procesie kształtowania się wolnego rynku w Polsce przedsiębiorstwa przyjmowały, nierzadko narzucane przez zachodnich inwestorów, strategie CSR, społecznej odpowiedzialności biznesu. Wkrótce do uwzględniania interesów społecznych czy relacji między różnymi grupami interesariuszy, w tym pracowników, dołączono także aspekty środowiskowe. Szczególny nacisk położyły na to firmy, których działalność bezpośrednio wpływa na stan otoczenia przyrodniczego. Ich kadra zarządzająca zrozumiała, że łatka „truciciela” to po prostu czarny PR, który nie sprzyja ani stabilności zatrudnienia – a pamiętajmy, że wdrożenie każdego nowego pracownika czy proces rekrutacji to dla przedsiębiorstwa ogromny koszt – ani atrakcyjności oferty.
RED – W jakim kierunku, Pana zdaniem, ten ekologiczny aspekt będzie się rozwijał?
M.P. – Nie jestem ekspertem w sprawach ekologii, mogę jedynie pokusić się o przewidywanie reakcji przedsiębiorstw, a ta jest bardzo pozytywna. Nawet najmniejsze firmy, nie tylko produkcyjne dbają o to, by jak najrzadziej korzystać z plastiku, pakować swoje produkty w szkło i kartony z recyklingu. O wymogach dotyczących segregowania śmieci nie wspomnę, bo to już dla każdego oczywistość. Każdy z nas na co dzień dokłada do tego przecież swoją cegiełkę. Zastanawiam się tylko, czy te wszystkie zabiegi, mimo że mają już obecnie masową skalę, rzeczywiście mogą pomóc planecie… Bo cóż z tego, że segreguję śmieci i jeżdżę autem elektrycznym, skoro produkcja akumulatorów do niego jest dla środowiska bardzo wymagająca. Skoro nikt nie potrafi zmusić Chin czy Indii do ochrony środowiska, a jednocześnie większość marek tam właśnie przerzuca produkcję swoich wyrobów, które następnie wszyscy chętnie kupujemy. Albo turystyczny lot w kosmos garstki bardzo zamożnych osób, który emituje do atmosfery nieporównywalnie więcej dwutlenku węgla niż samolot pasażerski, przewożący 100 osób… Wydaje się więc, że na tym najniższym i średnim szczeblu zrobiliśmy wszystko, co na tę chwilę można. Teraz czas na osoby i kręgi najbardziej nie tylko uprzywilejowane, ale również opiniotwórcze.




